Wspomnienia te publikuję, gdyż ostatnio w naszym kraju do głosu dochodzą ludzie o poglądach faszyzujących. Są też tacy, którzy dzielą ludzi na tych swoich i tych innych. Przeszkadza im inna orientacja seksualna, inne spojrzenie kogoś na świat i ludzi. Zaczynają się niebezpieczne incydenty, pobicia i agresja.
Od tego się zaczyna całe zło, które ja kiedyś razem z rodziną przeżyłam.
Wielu ludziom nie podobają się ludzie przypływający z narażeniem życia do Europy, aby uciec z piekła, którym jest wojna. Jakże często słyszeliśmy i słyszymy o uchodźcach, jako o kłopocie, zagrożeniu. Ja i moi bliscy też byliśmy uchodźcami i to we własnym kraju. Bo jak inaczej można nazwać ucieczkę z linii frontu i wędrówkę w nieznane w poszukiwaniu miejsca schronienia się przed zimnem i zagrożeniem. I wstępowanie do mijanych domów z prośbą o nocleg, na podłodze, w kącie, aby przetrwać noc i ruszyć dalej.
Raz rozpętana nienawiść
łatwo się nie poddaje. Trzeba później lat, aby zło naprawić.
Wspomnienia
2
Nastał
czas bardzo trudny i niebezpieczny. Życie można było stracić
nawet za zabicie świni w gospodarstwie. Świnie były dla Niemców.
Ludzie starali się sobie jakoś radzić. Zabijano świnie w
tajemnicy, a ponieważ z takiego uboju było dużo mięsa, to
właściciel pożyczał
mięso sąsiadom, a później ci sąsiedzi oddawali
mięso z podobnie nielegalnego uboju. W
okolicy krążyły różne opowieści na ten temat: np.
gospodarz wędrował drogą z workiem mięsa na plecach i zobaczył
jadących żandarmów, skręcił
w zboże, ściągnął spodnie i ukucnął. Inny z workiem mięsa
wszedł do mieszkania, gdzie byli żandarmi, ukląkł na środku
mieszkania i poprosił o jałmużnę. Na ogół ludzie starali się
sobie pomagać, ale zdarzali się i tacy, którzy donosili do
żandarmerii na sąsiadów, czy nawet na
swoich
bliskich.
W
okolicy opowiadana była historia,
która zakończyła
się szczęśliwie dla oskarżonego, a mogła
zakończyć się jego
śmiercią.
Pewien człowiek doniósł Niemcom, że jego kuzyn w stodole pod
zbożem ukrył pistolet. Pewno chciał za
coś zemścić się na kuzynie.
Żandarmi
przyjechali i skarżącemu nakazali wyrzucić ze stodoły całe
zboże. A było to po żniwach i stodoły były pełne po dach.
Skarżący w pocie czoła zmęczony i zasapany wyrzucił zboże, a
gdy okazało się, że pistoletu nie ma, wtedy żandarmi rozłożyli
go na klepisku i stłukli jak mokre żyto.
W
tych
bardzo trudnych czasach urodziły się dwie moje młodsze siostry.
Do nas przychodziły z okolicy
dzieci ze schowanymi pod sweterkami książkami i zeszytami na
nauczanie w konspiracji, bo w tej części Polski, w której my
mieszkaliśmy szkoły były zamknięte.
Łunę
nad płonącą Warszawą oglądaliśmy wszyscy. Nasi rodzice,
sąsiedzi i ich
dzieci.
Do dziś ją widzę. Rodzice i babcia rozmawiali o bliskich, którzy
pozostali w Warszawie.
Z
dnia na dzień coraz głośniejsze były huki wystrzałów. Zbliżał
się do nas front. Pewnego dnia rodzice szybko zebrali
najpotrzebniejsze rzeczy i razem z
nami dziećmi i babcią
przenieśli się do piwnicy sąsiada. Na
wierzchu
tej piwnicy ustawiony
został niemiecki karabin maszynowy, który wyrzucał całe serie
pocisków. W
chwilach, gdy cichła kanonada matka z babcią wychodziły
wydoić naszą krowę i zrobić coś do jedzenia. Front szybko
się
zbliżył i
Niemcy
kazali nam się wynosić z piwnicy. Najpierw przenieśliśmy się do
znajomych mieszkających
na
końcu wsi, a później uciekliśmy do pobliskiego lasu, gdzie
spotkaliśmy wielu znajomych.
Był
to już październik, jeszcze bez przymrozków, ale już z chłodnymi
nocami, a moja najmłodsza siostra miała
zaledwie cztery
miesiące.
W
lesie
było już wielu uciekinierów. Każdy starał się zrobić sobie
jakieś miejsce do spania i chowania się przed pociskami armatnimi i
ostrzałem z samolotów.
Ojciec
z moim bratem wykopali dosyć długi rów, do którego schodziło się
po wykopanych
schodkach.
Wierzch przykryty był balami ściętego drzewa, a
na wierzchu była gruba warstwa ziemi.
Do tego rowu schodziliśmy na
noc. Było tam ciasno i duszno. Resztę czasu poza nocami spędzaliśmy
w lesie, wśród znajomych ze wsi. Mama obiady gotowała na ognisku z
zabranych wcześniej z domu produktów żywnościowych.
Któregoś dnia las odwiedzili
Niemcy i mojego ojca z innymi mężczyznami zabrali ze sobą.
Dowiedzieliśmy się, że wszyscy pod nadzorem siedzą na skraju lasu
i czekają na wymarsz do kopania okopów na linii frontu.
Mama
ugotowała zupę i poszła zanieść ją naszemu ojcu. My dwie
siostry poszłyśmy
z nią, trzecią
siostrę mama niosła na rękach.
Ojciec
bardzo markotny siedział obok innych mężczyzn. Oficer dowodzący
pozwolił mamie
podać tę zupę, ale ojciec nie był w stanie jej jeść. My dwie
starsze córki
uczepiłyśmy
się ojca z głośnym płaczem i wołaniem: - Tatusiu kochany!
Najmłodszą kilkumiesięczną córeczkę mama podała wzruszonemu
ojcu.
Nastała
chwila ciszy przerywana tylko naszym głośnym szlochem i wołaniem.
Całej
tej scenie uważnie przyglądał się niemiecki oficer.
W
pewnym momencie padła komenda: - Powstań i - Zbiórka w szeregu.
Ojciec podniósł się, podał matce dziecko i podszedł do
ustawiających
się mężczyzn.
Wszyscy
ruszyli
i wtedy oficer
niemiecki kazał ojcu pozostać.
Po
zastanowieniu się rodzice postanowili wyruszyć w podróż do
dalekich kuzynów ojca, do których front jeszcze się nie zbliżył.
Należało uciekać, bo noce były coraz zimniejsze, żadnych wygód,
maleńkie dziecko. Zapakowano na wóz cały nasz dobytek i ruszyliśmy
przed siebie w dwie rodziny, czyli 10 osób.
Szczęśliwie
dojechaliśmy na miejsce bez przygód.
Z
opowieści mojej Teściowej.
Moja
Teściowa z dziećmi starała się sobie radzić, ale nie było jej
łatwo. Jej mąż był w obozie, sama od rana chodziła do
pracy w gospodarstwie bauera, tzw. deputatów żywnościowych
nie otrzymywała, chłopcy
ukrywali się. Od czasu do
czasu dostawała przesyłkę z żywnością od rodziny, najstarszy syn, dziś mój mąż, jako kilkunastoletni chłopak czasami złowił rybę w płynącej
nieopodal rzeczce. Wspomagali kobietę
także inni pracujący z nią ludzie, ale to było wciąż mało, aby
móc nakarmić dzieci.
Pewnego
ranka zabrała ze sobą obu chłopców i poszła do pobliskiego
miasteczka do żandarmów niemieckich na skargę na bauera. Panowie
wysłuchali skargi, zadzwonili do sołtysa, czy to, co usłyszeli,
jest prawdą. Dowiedzieli się, że do
rodziny przychodziły paczki
z żywnością. Wtedy
zdecydowali o powrocie wszystkich
członków rodziny do
rodzinnego domu. Ojciec wrócił z obozu wychudzony, wycieńczony, z
ranami po uderzeniach pękiem metalowych kluczy na plecach i
nigdy już nie odzyskał zdrowia.
Nie
wiem, czy moja Teściowa zdawała sobie sprawę z tego, że ta jej
podróż ze skargą mogła źle się skończyć dla niej, dla dzieci
i dla jej męża. Trafiła na przyzwoitych ludzi.

Za każdym razem czytam te wspomnienia ze ściśniętym sercem..
OdpowiedzUsuńDługo się zastanawiałam, czy te moje wspomnienia opublikować. Dotyczą przecież mnie i moich bliskich. Doszłam jednak do wniosku, że może choćby w maleńkim stopniu wpłyną na myślenie ludzi o tym, co dzieje się dziś. Marysia.
OdpowiedzUsuńDziękuję za zainteresowanie. Te wojenne wspomnienia noszę w sobie. Są to obrazy pełne ognia i niebezpieczeństwa. I odzywają się one we mnie często, ale publikuję je tylko w swoim blogu.
UsuńDobrze Marysiu, że opublikowałaś wspomnienia. Ja polecać Ci dodatkowo zająć się psycho - genealogią i genogramami. Pozdrawiam i ślę pozytywną energię z Kraju Lessów.
OdpowiedzUsuńDziękuję. Sprawdzę w internecie co to są te genogramy i psycho - genealogia. Nie słyszałam o tej wiedzy do tej pory. Pozdrawiam Cię serdecznie.
UsuńJa pamięcią sięgam w czasy powojenne. I też nie było łatwo! :(
OdpowiedzUsuńNie było łatwo i nie było też bezpiecznie.
OdpowiedzUsuńDziś chodzi o coś zupełnie innego. Na ulicach jest niebezpiecznie, ale to nie jest stan wojenny. To brak miłości w ludziach. Zawiść i pogarda.
OdpowiedzUsuńNie wszyscy emigranci są złem wcielonym, ale nie wszyscy przyjechali z pokojowymi zamiarami. To też trzeba mieć na uwadze.
Nie traktuję wszystkich jednakowo. Staram się patrzeć z dobrym sercem, ale trzeba być też ostrożnym. Jeszcze raz to powiem, brak nam miłości tu na ziemi.
Dla mnie faszyzm jest faszyzmem niezależnie od tego, kiedy on się pojawia i gdzie. A z faszyzmem mam złe skojarzenia.
OdpowiedzUsuńAle są wspomnienia pełne miłości i ciepła i są wspomnienia traumatyczne niezależne od bliskich, którzy dla mnie - dziecka byli tarczą i oparciem w bardzo trudnych czasach.
OdpowiedzUsuńJak dobrze, że publikujesz te niełatwe wspomnienia z koszmarnych czasów. Nie przestawaj.
OdpowiedzUsuńSytuacja w Polsce jest przerażająca i mam wrażenie, że nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę. W ostatnim wpisie napisałam kilka słów na ten temat, bo tak, jak Ty, Marysiu, też mam nadzieję że może ktoś nieprzekonany zatrzyma się na chwilę, zastanowi się...
Serdeczności :)
Dziękuję za wsparcie w moim pomyśle, aby napisać jak dziecko widziało te czasy pełne grozy. Lata tuż po wojnie też nie były ani łatwe, ani bezpieczne.
UsuńWspomnienia bolesna, ale czytam z zapartym tchem, warte są by jak najwięcej ludzi je przeczytało.
OdpowiedzUsuńZapomnieliśmy już o tych podłych czasach i zło podnosi dumnie głowę...
Długo się zastanawiałam, czy napisać o tym, jak było kiedyś, gdy ja byłam jeszcze małą dziewczynką i gdy mój świat stanął na głowie. Pomyślałam o tym, że dziś gdy dochodzi u nas do aktów przemocy jednego człowieka wobec drugiego inaczej ubranego, lub wyrażającego inne poglądy, może warto pokazać, czym taka eskalacja zła może się zakończyć. Marysia, która przeżyła wojnę.
OdpowiedzUsuńMarysiu, dziękuję, że piszesz, że zdecydowałaś się dzielić wspomnieniami. Mam nadzieję, że ktoś przeczyta i zastanowi się. Młodzi po książkę nie wszyscy sięgną, tutaj, na blogu, nawet przypadkiem ktoś może trafić i przeżyć w sercu Twoje przeżycia.
OdpowiedzUsuńDużo siły i zdrówka :)))
Dziękuję! Wsparłaś mnie w moim pomyśle, aby napisać o tym, co było. Wpis jest bardzo osobisty, ale ja byłam tylko jedną z wielu osób, które w tak dramatyczny sposób przeżyło te czasy. To było całe pokolenie. Marysia.
OdpowiedzUsuńZnowu mi uciekł komentarz a tyle się napisałam!
OdpowiedzUsuńTo w skrócie. Całe pokolenie Twoje ma świadomość do czego prowadzi nienawiść bo przeżyło koszmar wojny. Moje pokolenie jeszcze pamięta relacje rodziców i dziadków, więc jest uwrażliwione, ja do tej pory boję się głuchego głosu silnika samolotu, choć przecież bombardowań nie doświadczyłam, ale kojarzy mi się z bombowcem i strachem. W dzieciństwie tak często o tym słyszałam, że przyjęłam za swoje, albo przeszło w genach.
Pisz Marysiu, pisz kochana ku przestrodze i dla ostrzeżenia. Ściskam serdecznie :)))
Dziękuję, że wspierasz mój pomysł pisania o tych trudnych czasach. Następna część będzie za kilka dni.
OdpowiedzUsuń