niedziela, 28 lipca 2019

Tak było i oby się nie zdarzyło już nigdy.


Wspomnienia te publikuję, gdyż ostatnio w naszym kraju do głosu dochodzą ludzie o poglądach faszyzujących. Są też tacy, którzy dzielą ludzi na tych swoich i tych innych. Przeszkadza im inna orientacja seksualna, inne spojrzenie kogoś na świat i ludzi. Zaczynają się niebezpieczne incydenty, pobicia i agresja.
Od tego się zaczyna całe zło, które ja kiedyś razem z rodziną przeżyłam.

Wielu ludziom nie podobają się ludzie przypływający z narażeniem życia do Europy, aby uciec z piekła, którym jest wojna. Jakże często słyszeliśmy i słyszymy o uchodźcach, jako o kłopocie, zagrożeniu. Ja i moi bliscy też byliśmy uchodźcami i to we własnym kraju. Bo jak inaczej można nazwać ucieczkę z linii frontu i wędrówkę w nieznane w poszukiwaniu miejsca schronienia się przed zimnem i zagrożeniem. I wstępowanie do mijanych domów z prośbą o nocleg, na podłodze, w kącie, aby przetrwać noc i ruszyć dalej.
Raz rozpętana nienawiść łatwo się nie poddaje. Trzeba później lat, aby zło naprawić.

Wspomnienia 2

Nastał czas bardzo trudny i niebezpieczny. Życie można było stracić nawet za zabicie świni w gospodarstwie. Świnie były dla Niemców. Ludzie starali się sobie jakoś radzić. Zabijano świnie w tajemnicy, a ponieważ z takiego uboju było dużo mięsa, to właściciel pożyczał mięso sąsiadom, a później ci sąsiedzi oddawali mięso z podobnie nielegalnego uboju. W okolicy krążyły różne opowieści na ten temat: np. gospodarz wędrował drogą z workiem mięsa na plecach i zobaczył jadących żandarmów, skręcił w zboże, ściągnął spodnie i ukucnął. Inny z workiem mięsa wszedł do mieszkania, gdzie byli żandarmi, ukląkł na środku mieszkania i poprosił o jałmużnę. Na ogół ludzie starali się sobie pomagać, ale zdarzali się i tacy, którzy donosili do żandarmerii na sąsiadów, czy nawet na swoich bliskich.
W okolicy opowiadana była historia, która zakończyła się szczęśliwie dla oskarżonego, a mogła zakończyć się jego śmiercią. Pewien człowiek doniósł Niemcom, że jego kuzyn w stodole pod zbożem ukrył pistolet. Pewno chciał za coś zemścić się na kuzynie. Żandarmi przyjechali i skarżącemu nakazali wyrzucić ze stodoły całe zboże. A było to po żniwach i stodoły były pełne po dach. Skarżący w pocie czoła zmęczony i zasapany wyrzucił zboże, a gdy okazało się, że pistoletu nie ma, wtedy żandarmi rozłożyli go na klepisku i stłukli jak mokre żyto.

W tych bardzo trudnych czasach urodziły się dwie moje młodsze siostry.
Do nas przychodziły z okolicy dzieci ze schowanymi pod sweterkami książkami i zeszytami na nauczanie w konspiracji, bo w tej części Polski, w której my mieszkaliśmy szkoły były zamknięte.
Łunę nad płonącą Warszawą oglądaliśmy wszyscy. Nasi rodzice, sąsiedzi i ich dzieci. Do dziś ją widzę. Rodzice i babcia rozmawiali o bliskich, którzy pozostali w Warszawie.
Z dnia na dzień coraz głośniejsze były huki wystrzałów. Zbliżał się do nas front. Pewnego dnia rodzice szybko zebrali najpotrzebniejsze rzeczy i razem z nami dziećmi i babcią przenieśli się do piwnicy sąsiada. Na wierzchu tej piwnicy ustawiony został niemiecki karabin maszynowy, który wyrzucał całe serie pocisków. W chwilach, gdy cichła kanonada matka z babcią wychodziły wydoić naszą krowę i zrobić coś do jedzenia. Front szybko się zbliżył i Niemcy kazali nam się wynosić z piwnicy. Najpierw przenieśliśmy się do znajomych mieszkających na końcu wsi, a później uciekliśmy do pobliskiego lasu, gdzie spotkaliśmy wielu znajomych.
Był to już październik, jeszcze bez przymrozków, ale już z chłodnymi nocami, a moja najmłodsza siostra miała zaledwie cztery miesiące.
W lesie było już wielu uciekinierów. Każdy starał się zrobić sobie jakieś miejsce do spania i chowania się przed pociskami armatnimi i ostrzałem z samolotów.
Ojciec z moim bratem wykopali dosyć długi rów, do którego schodziło się po wykopanych schodkach. Wierzch przykryty był balami ściętego drzewa, a na wierzchu była gruba warstwa ziemi.
Do tego rowu schodziliśmy na noc. Było tam ciasno i duszno. Resztę czasu poza nocami spędzaliśmy w lesie, wśród znajomych ze wsi. Mama obiady gotowała na ognisku z zabranych wcześniej z domu produktów żywnościowych.
Któregoś dnia las odwiedzili Niemcy i mojego ojca z innymi mężczyznami zabrali ze sobą. Dowiedzieliśmy się, że wszyscy pod nadzorem siedzą na skraju lasu i czekają na wymarsz do kopania okopów na linii frontu.
Mama ugotowała zupę i poszła zanieść ją naszemu ojcu. My dwie siostry poszłyśmy z nią, trzecią siostrę mama niosła na rękach.
Ojciec bardzo markotny siedział obok innych mężczyzn. Oficer dowodzący pozwolił mamie podać tę zupę, ale ojciec nie był w stanie jej jeść. My dwie starsze córki uczepiłyśmy się ojca z głośnym płaczem i wołaniem: - Tatusiu kochany! Najmłodszą kilkumiesięczną córeczkę mama podała wzruszonemu ojcu.
Nastała chwila ciszy przerywana tylko naszym głośnym szlochem i wołaniem.
Całej tej scenie uważnie przyglądał się niemiecki oficer.
W pewnym momencie padła komenda: - Powstań i - Zbiórka w szeregu. Ojciec podniósł się, podał matce dziecko i podszedł do ustawiających się mężczyzn. Wszyscy ruszyli i wtedy oficer niemiecki kazał ojcu pozostać.

Po zastanowieniu się rodzice postanowili wyruszyć w podróż do dalekich kuzynów ojca, do których front jeszcze się nie zbliżył. Należało uciekać, bo noce były coraz zimniejsze, żadnych wygód, maleńkie dziecko. Zapakowano na wóz cały nasz dobytek i ruszyliśmy przed siebie w dwie rodziny, czyli 10 osób. Szczęśliwie dojechaliśmy na miejsce bez przygód.


Z opowieści mojej Teściowej.

Moja Teściowa z dziećmi starała się sobie radzić, ale nie było jej łatwo. Jej mąż był w obozie, sama od rana chodziła do pracy w gospodarstwie bauera, tzw. deputatów żywnościowych nie otrzymywała, chłopcy ukrywali się. Od czasu do czasu dostawała przesyłkę z żywnością od rodziny, najstarszy syn, dziś mój mąż, jako kilkunastoletni chłopak czasami złowił rybę w płynącej nieopodal rzeczce. Wspomagali kobietę także inni pracujący z nią ludzie, ale to było wciąż mało, aby móc nakarmić dzieci.

Pewnego ranka zabrała ze sobą obu chłopców i poszła do pobliskiego miasteczka do żandarmów niemieckich na skargę na bauera. Panowie wysłuchali skargi, zadzwonili do sołtysa, czy to, co usłyszeli, jest prawdą. Dowiedzieli się, że do rodziny przychodziły paczki z żywnością. Wtedy zdecydowali o powrocie wszystkich członków rodziny do rodzinnego domu. Ojciec wrócił z obozu wychudzony, wycieńczony, z ranami po uderzeniach pękiem metalowych kluczy na plecach i nigdy już nie odzyskał zdrowia.

Nie wiem, czy moja Teściowa zdawała sobie sprawę z tego, że ta jej podróż ze skargą mogła źle się skończyć dla niej, dla dzieci i dla jej męża. Trafiła na przyzwoitych ludzi.

18 komentarzy:

  1. Za każdym razem czytam te wspomnienia ze ściśniętym sercem..

    OdpowiedzUsuń
  2. Długo się zastanawiałam, czy te moje wspomnienia opublikować. Dotyczą przecież mnie i moich bliskich. Doszłam jednak do wniosku, że może choćby w maleńkim stopniu wpłyną na myślenie ludzi o tym, co dzieje się dziś. Marysia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za zainteresowanie. Te wojenne wspomnienia noszę w sobie. Są to obrazy pełne ognia i niebezpieczeństwa. I odzywają się one we mnie często, ale publikuję je tylko w swoim blogu.

      Usuń
  3. Dobrze Marysiu, że opublikowałaś wspomnienia. Ja polecać Ci dodatkowo zająć się psycho - genealogią i genogramami. Pozdrawiam i ślę pozytywną energię z Kraju Lessów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Sprawdzę w internecie co to są te genogramy i psycho - genealogia. Nie słyszałam o tej wiedzy do tej pory. Pozdrawiam Cię serdecznie.

      Usuń
  4. Ja pamięcią sięgam w czasy powojenne. I też nie było łatwo! :(

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie było łatwo i nie było też bezpiecznie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziś chodzi o coś zupełnie innego. Na ulicach jest niebezpiecznie, ale to nie jest stan wojenny. To brak miłości w ludziach. Zawiść i pogarda.
    Nie wszyscy emigranci są złem wcielonym, ale nie wszyscy przyjechali z pokojowymi zamiarami. To też trzeba mieć na uwadze.
    Nie traktuję wszystkich jednakowo. Staram się patrzeć z dobrym sercem, ale trzeba być też ostrożnym. Jeszcze raz to powiem, brak nam miłości tu na ziemi.

    OdpowiedzUsuń
  7. Dla mnie faszyzm jest faszyzmem niezależnie od tego, kiedy on się pojawia i gdzie. A z faszyzmem mam złe skojarzenia.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ale są wspomnienia pełne miłości i ciepła i są wspomnienia traumatyczne niezależne od bliskich, którzy dla mnie - dziecka byli tarczą i oparciem w bardzo trudnych czasach.

    OdpowiedzUsuń
  9. Jak dobrze, że publikujesz te niełatwe wspomnienia z koszmarnych czasów. Nie przestawaj.
    Sytuacja w Polsce jest przerażająca i mam wrażenie, że nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę. W ostatnim wpisie napisałam kilka słów na ten temat, bo tak, jak Ty, Marysiu, też mam nadzieję że może ktoś nieprzekonany zatrzyma się na chwilę, zastanowi się...
    Serdeczności :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za wsparcie w moim pomyśle, aby napisać jak dziecko widziało te czasy pełne grozy. Lata tuż po wojnie też nie były ani łatwe, ani bezpieczne.

      Usuń
  10. Wspomnienia bolesna, ale czytam z zapartym tchem, warte są by jak najwięcej ludzi je przeczytało.
    Zapomnieliśmy już o tych podłych czasach i zło podnosi dumnie głowę...

    OdpowiedzUsuń
  11. Długo się zastanawiałam, czy napisać o tym, jak było kiedyś, gdy ja byłam jeszcze małą dziewczynką i gdy mój świat stanął na głowie. Pomyślałam o tym, że dziś gdy dochodzi u nas do aktów przemocy jednego człowieka wobec drugiego inaczej ubranego, lub wyrażającego inne poglądy, może warto pokazać, czym taka eskalacja zła może się zakończyć. Marysia, która przeżyła wojnę.

    OdpowiedzUsuń
  12. Marysiu, dziękuję, że piszesz, że zdecydowałaś się dzielić wspomnieniami. Mam nadzieję, że ktoś przeczyta i zastanowi się. Młodzi po książkę nie wszyscy sięgną, tutaj, na blogu, nawet przypadkiem ktoś może trafić i przeżyć w sercu Twoje przeżycia.
    Dużo siły i zdrówka :)))

    OdpowiedzUsuń
  13. Dziękuję! Wsparłaś mnie w moim pomyśle, aby napisać o tym, co było. Wpis jest bardzo osobisty, ale ja byłam tylko jedną z wielu osób, które w tak dramatyczny sposób przeżyło te czasy. To było całe pokolenie. Marysia.

    OdpowiedzUsuń
  14. Znowu mi uciekł komentarz a tyle się napisałam!
    To w skrócie. Całe pokolenie Twoje ma świadomość do czego prowadzi nienawiść bo przeżyło koszmar wojny. Moje pokolenie jeszcze pamięta relacje rodziców i dziadków, więc jest uwrażliwione, ja do tej pory boję się głuchego głosu silnika samolotu, choć przecież bombardowań nie doświadczyłam, ale kojarzy mi się z bombowcem i strachem. W dzieciństwie tak często o tym słyszałam, że przyjęłam za swoje, albo przeszło w genach.
    Pisz Marysiu, pisz kochana ku przestrodze i dla ostrzeżenia. Ściskam serdecznie :)))

    OdpowiedzUsuń
  15. Dziękuję, że wspierasz mój pomysł pisania o tych trudnych czasach. Następna część będzie za kilka dni.

    OdpowiedzUsuń

Skutki.

 Ostatnio więcej czasu spędzałam na działce, niż w domu, no i już są tego efekty. Zaczęłam potykać się o swoje własne nieumiejętności w pisa...