Patrzę na naszą wschodnią granicę. Słyszę w jakich warunkach żyją ludzie po drugiej jej stronie. Ja nie wiem, jak należy rozwiązać problem tych ludzi, ale wiem, że to, co się tam dzieje i fakt, że nikt nie ma pomysłu na to rozwiązanie przypomina mi dawne czasy i historię, którą ja przeżyłam z rodziną.
Jesień 1944 roku. Mieszkamy we wsi, do której zbliża się front. Przed tym frontem uciekamy do pobliskiego lasu, a wokół nas padają kule armatnie. W lesie jest pozornie bezpieczniej. Pozornie, bo i tu padają co jakiś czas kule i wpadają Niemcy, aby wyłapać mężczyzn i skierować ich na linię frontu, do kopania okopów. Tu w lesie ojciec z bratem, podobnie jak nasi sąsiedzi, wykopali rowy w ziemi. Żeby móc wejść do środka zrobili schodki w ziemi, a całość tego schronu przykryli balami ściętych drzew. Na wierzch dali warstwę ziemi. Do środka schronu wchodziło się dopiero na noc. Było tu ciasno, chłodno, i duszno. Cały jesienny dzień spędzaliśmy z rodziną w lesie pod chmurką. Obiady mama gotowała na rozpalanym każdego dnia ognisku. W rodzinie oprócz rodziców i babci, było nas czworo dzieci. Najstarszy brat miał wtedy 15 lat, my - trzy dziewczynki - byłyśmy młodsze. Ja miałam 9 lat, jedna siostra - 3 lata, a druga 1/2 roku. W tym lesie mieszkaliśmy do pierwszych przymrozków. Cały czas towarzyszył nam strach. Baliśmy się Niemców, którzy co jakiś czas wpadali do tego lasu i mężczyzn kierowali do pracy na linię frontu.
Kiedy słyszę o ludziach, którzy koczują na naszej granicy, to widzę naszą rodzinę i naszych znajomych w lesie. Wracam myślami do tych minionych już - na szczęście - czasów.
"Ludzie ludziom zgotowali ten los" - napisała nasza noblistka w wierszu.
Nie wiem, jak należy rozwiązać problem tych nieszczęsnych ludzi na naszej granicy, ale wiem, że nie można ich zostawić o głodzie i chłodzie z różnymi chorobami i przy braku jakichkolwiek pozytywnych dla nich rozwiązań.
Tymczasem nasi przedstawiciele mają pomysły, jak powinny ubierać się do szkoły dziewczynki.
To trudny temat i ciężki, przeżyłaś to wiesz.Oby nigdy więcej.Szkoda mi tych ludzi.Pozdrawiam serdecznie.
OdpowiedzUsuńTeż myślę o nich ciepło i ze współczuciem.
OdpowiedzUsuńCi ludzie nawet schronu czy lepianki nie mają czym wykopać... Umierają na gołej ziemi...
OdpowiedzUsuńStraszne. A my mówimy, że mamy kochać bliźniego swego.
UsuńTwój wpis powinni zobaczyć ludzie, którzy bez mrugnięcia okiem nawet lekarzy tam nie wpuszczają.
OdpowiedzUsuńCzytałam w sieci o tych szkolnych przepisach, skojarzenie z Talibami miałam.
A podobno chrześcijanami jesteśmy i ludziom mamy okazywać miłość bliźniego. Jeśli chodzi o Twoje skojarzenia, to ja miałam podobne.
UsuńMaryniu, straszliwe sytuacje opisujesz. Twoje wspomnienia i współczesne czasy mają tyle wspólnego, że strach co dalej będzie.
OdpowiedzUsuńCzarnek burki za chwilę każe dziewczynkom nosić. Jeśli mamy się modlić to tylko chyba o powrót rozumu...
Rozum chyba dawno nas opuścił. Liczy się nie to, co jest ważne, tylko liczą się partykularne interesy. Tak widzę to, co się u nas dzieje.
OdpowiedzUsuńMasz rację, ale przecież nic wiecznie nie trwa, era głupoty musi przeminąć, innej opcji nie ma.
UsuńTo się w głowie nie mieści. Brak słów, a najgorsze jest poczucie bezsilności, bo to na granicy się dzieje, a my nic nie mozemy poradzić. Wplaciłam jakieś pieniądze, ale co to da.
OdpowiedzUsuńA ja chyba bardzo naiwna jestem, ale wciąż wierzę w to, że wkrótce musi do nas wrócić normalność. I to w różnych sprawach, nie tylko tych na granicy.
OdpowiedzUsuńDziękuję Ci Mario za te wspomnienia wojenne. Swoje przeżyłaś, a i mnie przypominają się opowieści starszych o straszliwym okresie II Wojny Światowej. O tym przepisie w Gdańsku - pierwsze czytam, ja zaczynałem pracę w zawodzie za Giertycha, skończyłem, nie pamiętam już za kogo. Pozdrawiam serdecznie :)
OdpowiedzUsuńTeż Cię serdecznie pozdrawiam. Maria.
OdpowiedzUsuń