Dziś jest czwartek - piąty dzień września. Rozpoczął się nowy rok szkolny.
Życzę wszystkim uczniom, aby znaleźli swoje wymarzone szkoły i aby dostali się do nich, choć w tym roku nie będzie to pewno łatwe.
Słyszę, że zajęcia będą trwały do późnych godzin popołudniowych, a nawet do godzin nocnych.
Trudno mi sobie wyobrazić pracę umysłową ucznia, który do szkoły będzie przychodził po południu. Nie będzie łatwo także prowadzić lekcje nauczycielom o tak późnej porze. Uważam, że ostatnie zmiany w oświacie nie zostały dokładnie przemyślane.
A jak było kiedyś, gdy ja zaczynałam chodzić do szkoły po zakończonej wojnie?
Początek był bardzo trudny. Jadło się to, co urosło na ziemi i w ziemi i co można było zrobić z mleka. Krowę mieliśmy swoją. Rodzice postarali się o owce, kury, prosiaki, króliki, pszczoły. Było całe gospodarstwo. Po strzyżeniu owiec, babcia na kółku przędła wełnę, a mama z tej wełny robiła nam na drutach swetry.
Chleb kupowało się w sklepie w mieście i bardzo trudno go było dostać.
Kiedyś ojciec ogromnie ucieszony przyniósł z miasta bochenek i opowiedział, jakim sposobem go zdobył. Wszedł z trudem do sklepu, bo ten sklep wypełniony był ludźmi, którzy czekali na dostawę pieczywa i zażartował przy drzwiach: - A gdzie jest mój chleb? - A to dla pana miał być chleb! - powiedziała sprzedawczyni i podała ojcu bochenek wyjęty spod lady.
Pamiętam kuchnię oświetloną światłem wiszącej na ścianie lampy naftowej oraz żarem kuchni węglowej na której gotowała się kolacja. Zwykle była to zupa mleczna z ziemniakami. W mrocznej kuchni babcia przędła owczą wełnę, mama robiła na drutach swetry - dla nas dzieci, a ja czytałam na głos książkę wypożyczoną z prywatnej biblioteki. Najbliższa biblioteka (ta prywatna) oddalona była od nas 6 km. i chodziło się do niej przy okazji jakichś spraw załatwianych w mieście.
Moi rodzice - nauczyciele - we wrześniu 1945 roku rozpoczęli pracę w małej wsi, a ja rozpoczęłam naukę w czwartej klasie szkoły podstawowej. Do szkoły zgłosili się uczniowie w różnym wieku z wioski w której mieszkaliśmy, a także z dalszych wiosek. (W czasie wojny nie wszędzie w Polsce były czynne szkoły) Koło mnie siedział w ławce wysoki chłopak, który, jak później się dowiedzieliśmy, należał do bandy Knioła grasującej w okolicy. Początkowo nauka odbywała się w dwóch klasach na parterze szkoły, a później mój ojciec wynajął dwie izby w sąsiednich domach i tam zorganizowane zostały dodatkowe klasy. Ojciec w porozumieniu z władzami oświatowymi zatrudnił dwie młode dziewczyny na etatach nauczycielskich. Miały one ukończoną szkołę średnią ogólnokształcącą. Takich nauczycieli bez przygotowania do pracy z młodzieżą było dużo. Wielu pedagogów zginęło w czasie wojny i trzeba było braki uzupełnić. Później ci nauczyciele bez przygotowania pedagogicznego kończyli studia zaoczne.
To właśnie wtedy dostałam bardzo silne wsparcie od moich rodziców. Dotyczyło ono mojego sposobu pisania.
Już się zmierzchało. Ja siedziałam w kuchni, a rodzice w pokoju. Drzwi były uchylone. I nagle usłyszałam głos mamy, która powiedziała do ojca: - Posłuchaj, jakie Marynia napisała ładne wypracowanie o jesieni i przeczytała ojcu na głos moją pracę. Ojciec nic nie powiedział, ale ja wiedziałam, że jest zadowolony. Moje wypracowanie było zwykłym opisem, ale rodzice tę pracę pochwalili.
Od tej pory tak uwierzyłam w to, że potrafię pisać, że byłam przekonana, że każda moja praca jest prawie na miarę Nobla. Wylewałam z głowy myśli bez ładu i składu i trwało to tak wiele lat. Już ukończyłam studia polonistyczne i nic się w tej dziedzinie nie zmieniło. Kiedyś przyjechała do nas moja Siostra, też polonistka i ja dałam jej do przeczytania jakieś moje wypociny. I Ona tak mi głowę zmyła, że tę lekcję do dziś dokładnie pamiętam.
- Polonistko zakichana - usłyszałam. Co ty wyprawiasz. Weź jakąś dobrze napisaną książkę do ręki. Zobacz, jak piszą nobliści. Nie ośmieszaj się.-
Ten zimny kubeł wody, który wylała mi na głowę otrzeźwił mnie mocno. Zaczęłam nie tylko pisać, ale także zastanawiałam się nad tym, jak piszę.
Dziś wiem, że zarówno wzmocnienie rodziców, jak i surowa krytyka siostry bardzo były mi potrzebne
W czasie wakacji w 1945 roku przyjechali do nas z Warszawy siostra i brat mojej mamy. Wieczorami rodzice, babcia i ciocia z wujkiem siedzieli przy stole i mówili o przeżyciach wojennych, a my dzieci leżeliśmy już w łóżkach w sąsiednim pokoju. Drzwi były otwarte i słychać było każde słowo. Do dziś pamiętam opowieść cioci o więźniu duszonym przez oprawcę. Widzę wciąż, jak rząd młodych kobiet kiepsko ubranych idzie gęsiego do fabryki broni zbudowanej w skale w Mauthausen w Austrii. Ostrożnie stawiały nogi w śniegu, starając się iść po śladach poprzedniczki. Gdy któraś z kobiet spadała w przepaść nikt nie reagował. Następne szły ze zdwojoną uwagą. Do tych opowieści wuj dodawał: - Zobaczycie! Nie minie rok, a zacznie się następna wojna!
Po takich opowieściach i prognozach sny miałam pełne ognia i zagrożeń.
W okolicy też nie było bezpiecznie. Co jakiś czas słyszeliśmy o tym, że zamordowany został jakiś sołtys, działacz partyjny lub rolnik, który wziął ziemię z podziału majątku dawnego dziedzica.
Wciąż można było znaleźć niewypały....
Był piękny słoneczny dzień, gdy nagle rozległ się huk. To chłopcy pasący krowy w lesie próbowali rozbroić znaleziony pocisk. Do dziś słyszę krzyk i szloch matki zabitego chłopca i jej słowa: - A tak nie chciał dziś iść z krowami....
My z całą rodziną wiele razy byliśmy bardzo blisko tego niebezpiecznego miejsca. Chodziliśmy na brzeg lasu i tam były zabawy, wchodzenie na drzewa, bieganie.......
Po prostu mieliśmy trochę więcej szczęścia, niż ten zabity chłopiec.
Dziś, gdy zamykam oczy i wracam do wspomnień, to widzę pola jak okiem sięgnąć, a wśród nich kartofliska, a obok łany zbóż z makami i kąkolami ciągnące się daleko, przedzielone tylko wąskimi ścieżkami. Widzę ciemność nocy i słyszę szczekanie wiejskich psów. Czuję pod bosymi stopami miękką trawę i chłód wody w rowie po burzy z ulewą.
I chociaż to nie były czasy spokojne, ani bezpieczne, to myślę o nich ze wzruszeniem, bo to czasy mojego dzieciństwa.
GEORGHE ZAMFIR - THE POWER OF LOVE/THEME FROM LIMELIGHT..

Smutny wpis, ale takie były czasy. Ja urodziłam się kilka lat po wojnie, ale pamiętam ciche rozmowy o sąsiedzie donosicielu władzy, którego strasznie się bano.Niejeden przez takiego trafił do paki. Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńWpisu dokonałam dziś, 6 września o godz. 8. 36
OdpowiedzUsuńRóżnie to bywało kiedyś. Myślę, że różnie to bywa także i dzisiaj. Maria.
UsuńA niewypały czy niewybuchy spotyka się, choć na szczęście dość rzadko, także i obecnie... tyle lat po wojnie! :(
OdpowiedzUsuńBo wojna i przeżycia z nią związane rozciągają się na wiele obszarów. To nie tylko front, który szybko niszczy wszystko dokoła i nie tylko walka o przetrwanie, ale są to przede wszystkim ludzie poranieni wewnętrznie i zewnętrznie. Jest to walka z różnymi zagrożeniami i biedą w czasach już powojennych.
OdpowiedzUsuńMarysiu, dziękuję za wspomnienia. Mojej cioci (siostry babci) syn zginął w ten głupi sposób. Chłopcy bawili się niewypałem, szczegółów nie znam, tylko o tym pocisku zapamiętałam.
OdpowiedzUsuńZawsze ludzie podzieleni w naszym kraju byli. Jedni się cieszyli, że przeżyli wojnę, odbudowywali ruiny, pragnęli wreszcie normalności, inni wychodzili z lasu i ich mordowali. Gdyby rodakom dać broń do ręki to połowa dziś by się wystrzelała bez zastanowienia, i wcale nie jedynie na meczach piłkarskich... Jaka szkoda, że nie wyciągamy wniosków (jako ogół)z tragicznych wydarzeń z przeszłości. A wydawało się, że po II wojnie faszyzm umrze na zawsze...
Dziś ci ludzie, którzy nocami wychodzili z lasu i mordowali swoich rodaków tylko za to, że chcieli oni już spokojnie, normalnie żyć w takiej rzeczywistości,jaka nastała po wojnie, nazywamy żołnierzami wyklętymi i urządzamy dla nich uroczystości. A przecież zdarzało się, że puszczali oni z dymem całe wsie i mordowali mieszkańców. Serdecznie pozdrawiam.
UsuńW moim komentarzu powinno być - tych ludzi - a nie - ci ludzie.- Przepraszam.
UsuńNie ma za co, kochana:)
UsuńTak, to prawda, że nie wszyscy zasługują na pamięć i czczenie. Kiedy pomnik "Ognia" postawiono, byliśmy z Mężem w Szczawnicy i słyszeliśmy w lokalu (będąc na obiedzie) miejscowych mówiących, że w Zakopanem a nie w Nowym Targu postawili, bo tu długo by nie postał. Ludzie jeszcze za dobrze pamiętają...
Jeszcze raz namawiam do spisania i wydania twoich wspomnień, czyta się jednym tchem!
OdpowiedzUsuńBardzo dziękuję za tak ciepłą, pozytywną ocenę. Myślę, że tyle już powstało świetnej literatury wspomnieniowej, że moje drobiazgi nie miałyby już żadnego znaczenia dla dzisiejszego czytelnika. Jeszcze raz dziękuję za budującą mnie ocenę. Maria.
UsuńNieprawda, każda historia jest inna, każdy wnosi coś nowego.
UsuńMogę jedynie prosić, byś spisywała to dla nas i publikowała, to ciekawsze, niż teraźniejszość z dominacją polityki i kłótni między ludźmi.
Bardzo smutne wspomnienia dzieciecych lat, miałaś bardzo kreatywnych rodziców.Niewypały ostatnio u nas się pojawiły, trzy razy interweniowali saperzy w jednym tygodniu na terenie budowy zbiornika retencyjnego, dobrze że maszyny nie uszkodziły. Niestety sporo ludzi jeszcze zginęło przez niewypały od tamtych strasznych czasów.Oby to się już nigdy nie powtórzyło.
OdpowiedzUsuńMy-trzy siostry też byłyśmy kreatywne.Jakie myśmy z papieru wycinały lalki, dla tych lalek ubranka, meble do małych papierowych mieszkanek. Wszystko to było malowane kredkami. Gdy którejś lalce urywała się głowa, to wiozłyśmy ją do szpitala, tam szyja lalki była podklejana i nasza laleczka wracała do swojego domku. Zabawa mogła trwać dalej.
OdpowiedzUsuńA wiesz, Maryniu, że ja też robiłam takie lalki-wycinanki z papieru i ubranka dla nich? I wcale nie dlatego, że lalki nie miałam (nawet miałam śpiącą lalkę, której dałam na imię Kinga), tylko sprawiało mi przyjemność projektowanie i tworzenie sukien - najchętniej długich, balowych, a także innych ubranek.
OdpowiedzUsuńPublikuj jak najwięcej wspomnień, bo są niezwykłe-zwykłe, czyli przeżycia normalnych ludzi, bez tworzenia nowej historii i zmyślonych "bohaterów". Ściskam Cię najserdeczniej :)))