wtorek, 10 grudnia 2019

Uczucia.

Jak ważne są uczucia i umiejętność radzenia sobie z nimi dowiedziałam się po raz pierwszy w Ośrodku Leczenia Nerwic w Rasztowie. Do tego czasu z różnymi uczuciami starałam się sobie radzić trochę po omacku tak, jak umiałam. Dzieliłam te uczucia na szlachetne i takie, których nie powinno być, a nawet takie, których należy się wstydzić.
I tam w Rasztowie nauczyłam się także mówić. Myślę tu o mówieniu, gdy słucha mnie grono osób, a nie o samym artykułowaniu. Tam, aby się leczyć, trzeba było mówić. Tych, co nie zabierali głosu w czasie posiedzeń terapeutycznych odsyłano do domu, a ja wiedziałam, że to leczenie, to podana mi przez Opatrzność deska ratunku i jedyna moja szansa, aby wrócić do pełnego radości i nadziei życia.
Pierwsze moje głośne wypowiedzi w grupie wiele mnie kosztowały.
Ktoś z grupy kończył swoją wypowiedź na jakiś aktualnie omawiany temat i mnie przychodziła do głowy myśl, że można byłoby jeszcze dodać to, czy to. I gdy chciałam się już odezwać, zaczynała się panika. Aby się zmusić do wypowiedzi zaczynałam – ja….. i w tym momencie wszystkie oczy zwracały się na mnie, a  wszystkie moje myśli jak spłoszone nagle ptaki rozlatywały się w powietrzu, a ja zostawałam z pustką w głowie. Coś stęknęłam, zaczęłam i przerwa.
To psycholodzy i pacjenci z mojej grupy dali mi wtedy wsparcie. Po tych kilku słowach słyszałam np. - Bardzo to jest ciekawe, co zaczęła mówić Maria. Dajmy się jej wypowiedzieć.

Z Ośrodka wróciłam już jako inny człowiek. Mój św. pamięci Ojciec pierwszy te zmiany u mnie zauważył i powiedział, że wolał mnie taką, jaką byłam poprzednio. (czyli grzeczną, posłuszną, nie sprawiającą problemów córką). Mój Mąż przygotowywany przez psychologów w czasie mojego leczenia na zmiany u mnie, łatwiej te zmiany zaakceptował.
Dziś jestem już w odległości kilkudziesięciu lat od tamtego czasu, ale nauka, którą wtedy zdobyłam o sobie, o uczuciach, o różnych możliwościach, które są w człowieku, pozostają we mnie do dzisiaj. Dopiero teraz wiem (choć nie wiem, czy tę wiedzę zawsze potrafię w odpowiednim momencie wykorzystać), że dzieciom trzeba mówić, co robią dobrze. U nas mówi się raczej o tym, co robią źle. Jest ogólne przekonanie, które i we mnie też kiedyś było, że jak się nic nie mówi – to znaczy że akceptujemy zachowanie. Ale dziecko potrzebuje wsparcia także słownego.

W następnym wpisie postaram się opowiedzieć o tym, jak rozładowałam kiedyś wściekłość. Czyli będzie to też o uczuciach. Będzie to pewnego rodzaju powtórzenie mojego wcześniejszego wpisu z poprzedniego mojego bloga - kobieta w barwach jesieni.


12 komentarzy:

  1. To bardzo popularna metoda.Maz w sanatorium ho miał. Musiał się otworzyć i w grupie opowiadać. U niego nie odsylali do domu tylko szli na indywidualne rozmowy z psychologiem. To są wazne sprawy .Czekam na kolejny wpis.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdy przyjeżdżali do szkoły psycholodzy i zapraszali nauczycieli na zajęcia terapeutyczne, to zwykle się zgłaszałam, więc będę miała jeszcze co napisać. Te zajęcia +
      3 miesiące w Ośrodku Leczenia Nerwic z codzienną psychoterapią ze specjalistami postawiły mnie na nogi.

      Usuń
  2. Dzieciom koniecznie trzeba mówić dobre rzeczy, chwalenie najdrobniejszych sukcesów motywuje do wysiłku.
    Kiedyś w projekcie z uczniami ćwiczyliśmy swobodne wypowiedzi na różne tematy - to bardzo trudna sztuka - wie tylko ten, kto próbował.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem o tym, ale dzieci i młodzież takie swobodne wypowiedzi z uruchomieniem innego spojrzenia na omawianą sprawę bardzo lubiły.

      Usuń
  3. Maryniu, bardzo ważną sprawę poruszyłaś, mianowicie podkreślanie dobrych stron, drobnych zasług, chwalenie po prostu, zasłużone bardzo i nawet mało, bo to naprawdę działa motywująco na dzieci. Pamiętam jak bardzo przeżywałam jako dziecko każde słowo krytyki, niezauważanie, bagatelizowanie czegoś, co dla mnie ważne było. I jak bardzo uskrzydlająco działały na mnie słowa uznania, wtedy zdawało mi się, że mogę "ruszyć z posad bryłę świata". Gdyby mi się tak więcej i dłużej zdawało - to kto wie? Może bym i ruszyła :) Dlatego chwalmy dzieci, dodawajmy ich skrzydeł, ale rozumnie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Cieszę się, że tak odebrałaś mój wpis.
    Może kiedyś spróbuję opowiedzieć o tym, jak ja odbierałam różne zajęcia psychologiczne, jak się w nich czułam i jaką naukę z nich wynosiłam. Np. Uczestnictwo w psychodramach, które w pierwszej chwili potraktowałam jako nakłanianie mnie do dziecięcej zabawy, a które okazały się kopalnią wiedzy o mnie, jako o człowieku.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jako były pedagog, jestem zachwycony tym postem. Ślę pozdrowienia z Kraju Lessów i przesyłam pozytywną energię. Mnie na nogi postawił Zolafren, Haloperydol i Lorafen.

    OdpowiedzUsuń
  6. Takie historie są bardzo pouczające, dzięki takim doświadczeniom, wyciągamy wnioski, nawet jeżeli nie jesteśmy bohaterami tych historii.
    Ciekawa jestem następnej części.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś na ten temat jeszcze z pewnością napiszę, bo brałam udział w wielu zajęciach i wyciągałam różne wnioski dla siebie.

      Usuń
  7. Piszesz o bardzo istotnej sprawie, o umiejętności otwierania się i nie kumulowania wszystkiego w sobie.. To ważne by mówić i by umieć szukać wsparcia. Chętnie dowiem się więcej w tym temacie..

    OdpowiedzUsuń
  8. Coś jeszcze z pewnością na ten temat napiszę.

    OdpowiedzUsuń

Skutki.

 Ostatnio więcej czasu spędzałam na działce, niż w domu, no i już są tego efekty. Zaczęłam potykać się o swoje własne nieumiejętności w pisa...