Jak
ważne są uczucia i umiejętność radzenia sobie z nimi
dowiedziałam się po raz pierwszy w Ośrodku Leczenia Nerwic w
Rasztowie. Do tego czasu z różnymi uczuciami starałam się sobie
radzić trochę po omacku tak, jak umiałam. Dzieliłam te uczucia na
szlachetne i takie, których nie powinno być, a nawet takie, których
należy się wstydzić.
I
tam w Rasztowie nauczyłam się także mówić. Myślę tu o
mówieniu, gdy słucha mnie grono osób, a nie o samym artykułowaniu.
Tam, aby się leczyć, trzeba było mówić. Tych, co nie zabierali
głosu w czasie posiedzeń terapeutycznych odsyłano do domu, a ja
wiedziałam, że to leczenie, to podana mi przez Opatrzność deska
ratunku i jedyna moja szansa, aby wrócić do pełnego radości i
nadziei życia.
Pierwsze
moje głośne wypowiedzi w grupie wiele mnie kosztowały.
Ktoś
z grupy kończył swoją wypowiedź na jakiś aktualnie omawiany
temat i mnie przychodziła do głowy myśl, że można byłoby
jeszcze dodać to, czy to. I gdy chciałam się już odezwać,
zaczynała się panika. Aby się zmusić do wypowiedzi zaczynałam –
ja….. i w tym momencie wszystkie oczy zwracały się na mnie, a
wszystkie moje myśli jak spłoszone nagle ptaki rozlatywały się w
powietrzu, a ja zostawałam z pustką w głowie. Coś stęknęłam,
zaczęłam i przerwa.
To
psycholodzy i pacjenci z mojej grupy dali mi wtedy wsparcie. Po tych
kilku słowach słyszałam np. - Bardzo to jest ciekawe, co zaczęła
mówić Maria. Dajmy się jej wypowiedzieć.
Z
Ośrodka wróciłam już jako inny człowiek. Mój św. pamięci
Ojciec pierwszy te zmiany u mnie zauważył i powiedział, że wolał
mnie taką, jaką byłam poprzednio. (czyli grzeczną, posłuszną,
nie sprawiającą problemów córką). Mój Mąż przygotowywany
przez psychologów w czasie mojego leczenia na zmiany u mnie, łatwiej
te zmiany zaakceptował.
Dziś
jestem już w odległości kilkudziesięciu lat od tamtego czasu, ale
nauka, którą wtedy zdobyłam o sobie, o uczuciach, o różnych
możliwościach, które są w człowieku, pozostają we mnie do
dzisiaj. Dopiero teraz wiem (choć nie wiem, czy tę wiedzę zawsze
potrafię w odpowiednim momencie wykorzystać), że dzieciom trzeba
mówić, co robią dobrze. U nas mówi się raczej o tym, co robią
źle. Jest ogólne przekonanie, które i we mnie też kiedyś było,
że jak się nic nie mówi – to znaczy że akceptujemy zachowanie.
Ale dziecko potrzebuje wsparcia także słownego.
W
następnym wpisie postaram się opowiedzieć o tym, jak rozładowałam
kiedyś wściekłość. Czyli będzie to też o uczuciach. Będzie to
pewnego rodzaju powtórzenie mojego wcześniejszego wpisu z
poprzedniego mojego bloga - kobieta w barwach jesieni.

To bardzo popularna metoda.Maz w sanatorium ho miał. Musiał się otworzyć i w grupie opowiadać. U niego nie odsylali do domu tylko szli na indywidualne rozmowy z psychologiem. To są wazne sprawy .Czekam na kolejny wpis.
OdpowiedzUsuńGdy przyjeżdżali do szkoły psycholodzy i zapraszali nauczycieli na zajęcia terapeutyczne, to zwykle się zgłaszałam, więc będę miała jeszcze co napisać. Te zajęcia +
Usuń3 miesiące w Ośrodku Leczenia Nerwic z codzienną psychoterapią ze specjalistami postawiły mnie na nogi.
Dzieciom koniecznie trzeba mówić dobre rzeczy, chwalenie najdrobniejszych sukcesów motywuje do wysiłku.
OdpowiedzUsuńKiedyś w projekcie z uczniami ćwiczyliśmy swobodne wypowiedzi na różne tematy - to bardzo trudna sztuka - wie tylko ten, kto próbował.
Wiem o tym, ale dzieci i młodzież takie swobodne wypowiedzi z uruchomieniem innego spojrzenia na omawianą sprawę bardzo lubiły.
UsuńMaryniu, bardzo ważną sprawę poruszyłaś, mianowicie podkreślanie dobrych stron, drobnych zasług, chwalenie po prostu, zasłużone bardzo i nawet mało, bo to naprawdę działa motywująco na dzieci. Pamiętam jak bardzo przeżywałam jako dziecko każde słowo krytyki, niezauważanie, bagatelizowanie czegoś, co dla mnie ważne było. I jak bardzo uskrzydlająco działały na mnie słowa uznania, wtedy zdawało mi się, że mogę "ruszyć z posad bryłę świata". Gdyby mi się tak więcej i dłużej zdawało - to kto wie? Może bym i ruszyła :) Dlatego chwalmy dzieci, dodawajmy ich skrzydeł, ale rozumnie.
OdpowiedzUsuńCieszę się, że tak odebrałaś mój wpis.
OdpowiedzUsuńMoże kiedyś spróbuję opowiedzieć o tym, jak ja odbierałam różne zajęcia psychologiczne, jak się w nich czułam i jaką naukę z nich wynosiłam. Np. Uczestnictwo w psychodramach, które w pierwszej chwili potraktowałam jako nakłanianie mnie do dziecięcej zabawy, a które okazały się kopalnią wiedzy o mnie, jako o człowieku.
Jako były pedagog, jestem zachwycony tym postem. Ślę pozdrowienia z Kraju Lessów i przesyłam pozytywną energię. Mnie na nogi postawił Zolafren, Haloperydol i Lorafen.
OdpowiedzUsuńDziękuję.
OdpowiedzUsuńTakie historie są bardzo pouczające, dzięki takim doświadczeniom, wyciągamy wnioski, nawet jeżeli nie jesteśmy bohaterami tych historii.
OdpowiedzUsuńCiekawa jestem następnej części.
Coś na ten temat jeszcze z pewnością napiszę, bo brałam udział w wielu zajęciach i wyciągałam różne wnioski dla siebie.
UsuńPiszesz o bardzo istotnej sprawie, o umiejętności otwierania się i nie kumulowania wszystkiego w sobie.. To ważne by mówić i by umieć szukać wsparcia. Chętnie dowiem się więcej w tym temacie..
OdpowiedzUsuńCoś jeszcze z pewnością na ten temat napiszę.
OdpowiedzUsuń