O czym by tu napisać? Jestem dziś zupełnie bez inwencji twórczej. Siedzę zmęczona, bo się trochę nałaziłam. Z samymi słoikami schodziłam do piwnicy kilka razy, bo wyniosłam ich około 30 sztuk. Co prawda słoiki małe, bo po dżemach, ale biegania trochę było. Zaczęłam już robić przeciery pomidorowe, bo pomidory dojrzewają w kuchni w pudle.
Teraz siedzę i myślę. Nagle pojawiają się obrazy z przeszłości. Z dalekiej przeszłości, ale ta przeszłość ciągle jest we mnie. Pojawia się nagle w różnych momentach mojego życia. Wychodzi na powierzchnię i powoduje różne lęki. Pamiętam, gdy urodziły się moje dzieci, najpierw syn, za kilka lat córka, ja wieczorami biegałam do okien i wyglądałam, czy nie widać jakiegoś groźnego błysku. Wiedziałam, że ileś lat wstecz zrzucone zostały dwie bomby atomowe. Jedna na Hiroszimę, druga na Nagasaki. Bałam się, czy nie widać, że zrzucona została następna, bliżej nas lub nawet całkiem blisko. Ten lęk odzywa się na każdą wiadomość, że przelatuje koło nas asteroida. Z tego lęku do dziś nie potrafię się wyzwolić. Na jakiś czas lęk przycicha i nagle się ujawnia, a ja tylko czekam, aż ode mnie odpłynie. W takich trudnych sytuacjach staram się zająć czymś miłym, ale ten sposób działa tylko chwilowo.
Ciąg dalszy wspomnień.
Wszyscy przeżyliśmy i to
było najważniejsze, ale nie mieliśmy co jeść, nie mieliśmy
ciepłych ubrań, a była zima. Pozostała tylko cielna krowa i
trzeba się było nią zająć, bo dawała nadzieję na to, że
wkrótce będzie mleko dla nas wszystkich, a w szczególności dla
najmłodszej siostry. Teraz trzeba się było jakoś dostać do
rodziny.
Rodzice się rozdzielili.
Ojciec z krową poszedł pieszo kilkadziesiąt kilometrów przez
zaminowane i poorane okopami pola, a mama i my dzieci oraz babcia
zostaliśmy podwiezieni jakimś wojskowym samochodem dostawczym do
najbliższego miasta. Było ono puste i bardzo zniszczone. Ludzie
uciekli przed frontem. Pozostały tylko ruiny domów. Babcia
rozchorowała się i nie mogła chodzić. Trzeba było poczekać, aż
trochę wydobrzeje. Mama znalazła cały budynek z otworami okiennymi
bez szyb i tu zamieszkaliśmy na piętrze. W wejściu do budynku
leżał zabity koń. Dziurę po oknie mama zasłoniła jakimiś
fragmentami tektur, gazet i szmat i poszła do rosyjskiej garkuchni z
prośbą o trochę zupy. Tu żyliśmy jakiś czas.
Gdy babcia trochę lepiej się
poczuła mama zapytała spotkanego na drodze dowódcę wojskowego,
czy jakiś transport wojskowy mógłby nas okazyjnie zabrać i
przewieźć w okolice, gdzie mieszkała rodzina ojca. Okazało się,
że jest taka możliwość i za kilka dni część drogi przebyliśmy
samochodem. Nawet dziś jeszcze widzę z samochodu padające płatki
śniegu i białe pola i drogi. Samochód dowiózł nas do swojej bazy
i tu wysiedliśmy. Resztę drogi przebyliśmy częściowo pieszo, a
częściowo okazyjną furmanką.
Spotkanie z rodziną było
wzruszające. Łzy się lały i opowieściom nie było końca.
Dowiedzieliśmy się, że brat ojca nie żyje. Zginął tragicznie.
Mąż kuzynki spłonął żywcem. Wykopał piwnicę w stodole
załadowanej zbożem i ukrył się w niej w czasie przewalającego
się frontu, w stodołę trafił pocisk zapalający i stanęła ona w
ogniu. Kuzyn wybiegł z piwnicy jako płonąca pochodnia. Nie dało
się go uratować.
Zamieszkaliśmy u rodziny i
czekaliśmy na powrót ojca. Gdy wreszcie ojciec pojawił się,
radość zmieszała się ze łzami. Zaczęły się opowieści o tym,
co kto przeszedł w czasie okupacji i frontu. Zginęło wiele osób z
rodziny i znajomych, ale cała nasza najbliższa rodzina poza naszym
stryjem była w komplecie.
Mój brat został szybko
wysłany do gimnazjum w pobliskim mieście. Na strychu wyszukano dla
niego pantofle na podwyższonym obcasie naszej ciotki, bo te, w
których dotarł razem z nami do rodziny rozpadały się i w tych
pantoflach poszedł do gimnazjum.
Na jego obuwie nikt nie
zwrócił najmniejszej uwagi. Każdy przychodził w tym, w czym mógł.
Pierwsze lekcje to były opowieści o tym, co kto przeszedł.
Jedna z dziewcząt
opowiedziała, że stała już z matką w kolejce do krematorium, gdy
podeszła kobieta – kapo i z tej kolejki je wycofała.
Rodzice szybko otworzyli
szkołę w wiosce. Ze strychów pościągane zostały różne
papiery, z których zrobione zostały zeszyty. Zaczęło się
względnie normalne życie przerywane co jakiś czas nalotami
samolotów niemieckich i bombardowaniem. Wieczorami gaszono wtedy
wszystkie światła, a ludzie kładli się na podłodze i się
modlili.
Babcia bardzo martwiła się o
syna i córkę, którzy mieszkali w Warszawie. Nie było wiadomo, czy
przeżyli oni Powstanie Warszawskie, a jeśli tak, to co się z nimi
dzieje.
Któregoś dnia przyszła do
wsi Cyganka, która oferowała swoje wróżby. Babcia namówiona
przez ciotkę zgodziła się na jej wróżenie.
- Młoda kobieta przyjdzie za
kilka dni – powiedziała Cyganka – a mężczyzna za kilka
miesięcy. I Cyganka poszła. Nikt nie przywiązywał do jej wróżby
żadnego znaczenia.
Upłynęło kilka dni. Był
ranek. Ubrałam się i wyszłam przed dom. Szłam do szkoły, gdy
podeszła do mnie młoda kobieta i zapytała – Ty jesteś Marynia?
Jestem twoją ciocią.
Okres spędzony u rodziny ojca
wspominam z ogromnym sentymentem. Spacery z ojcem do kuzynów, różne
opowieści, śpiewy pamiętam do dziś. W wiosce często widać było
żołnierzy rosyjskich, uruchomione zostało kino pod chmurką. Gdy
się ściemniało na ekranie usytuowanym na powietrzu rozgrywały się
romantyczne i bohaterskie historie. Pamiętam oglądany pod gołym
niebem film Cyrk z Lubow Orłową w roli głównej.
Moje kuzynki śpiewały
piosenkę o Jasieńku, co nie wróci już… lub Katiusza.
Dziś, gdy czytam Chłopów
Reymonta to widzę wioskę rodzinną mojego Ojca.
Z
opowieści mojej Teściowej.
Ojciec mojego męża pierwszy
wrócił do rodzinnej miejscowości. Zastał puste pola zryte przez
pociski i bomby, poprzecinane długimi głębokimi okopami. Na
wierzchu tej zrytej ziemi leżały wciąż jeszcze trupy zabitych
żołnierzy. Jak okiem sięgnął było jedno wielkie pobojowisko.
Nie ostał się żaden dom, żaden budynek. Wioska przestała istnieć
podobnie jak duży, stary las za drogą. Z różnych powyciąganych z
okopów, desek i bali mój późniejszy teść postawił szopę, aby
żona z niemowlęciem i ze starszymi chłopcami mieli gdzie się
schronić przed deszczem i chłodem.
Wolno ściągali do zmiecionej
z powierzchni ziemi wsi dawni jej mieszkańcy. Każdy jak mógł tak
sobie radził. Budowano schrony w ziemi, aby mieć jakiś dach nad
głową. Wszystkich czekała teraz ciężka praca przy odbudowaniu
domów i zorganizowaniu sobie na nowo swojego życia.
W najbliższą niedzielę
wszyscy wybrali się do sąsiedniej miejscowości do kościoła.
Powitaniom i rozmowom nie było końca. Zniknęły różne dawne żale
i nieporozumienia. Przeżyli. I tylko to się liczyło. Ściskali się
wszyscy i opowiadali o tym, gdzie udało im się schronić i
przeczekać nawałnice wojenną.
Rozległy się dzwony przed
nabożeństwem i wszyscy weszli do kościoła. Kościół był
mocno zniszczony, ale mury stały. Zerwany był dach. Światło
słoneczne wpadało z góry do środka prosto na zebranych ludzi.
Ksiądz wyszedł do ołtarza i zaintonował - Wesoły nam dziś dzień
nastał.
W całym kościele rozległ
się szloch. Płakali wszyscy. Płakali dorośli, płakały dzieci,
płakali starcy, a pieśń zaśpiewana przez wiernych uniosła się
do góry i przez dziurę po zerwanym dachu poszybowała do błękitu
nieba.
Początki życia na wsi po
powrocie z ucieczki były nadzwyczaj trudne. Wszystko trzeba było
zaczynać od początku. Babcia, czyli matka mojej teściowej
przyniosła któregoś dnia dużą minę przeciwczołgową i
powiedziała: - Masz! Będziesz miała fajerkę na kuchnię. Na
szczęście rodzice mojego Męża szybko wynieśli ją i zapobiegli
nieszczęściu. Wszystko, co było potrzebne do życia trzeba było
teraz zdobywać. Nie było nic. Miski, łyżki, ani noża.
Całym majątkiem była krowa,
która dawała dużo dobrego mleka, z którego moja teściowa
zbierała śmietanę i robiła masło, a z mleka wyrabiała sery,
które później sprzedawała na targu w sąsiednim miasteczku.
Czasami chłopcom udawało się
znaleźć kępkę zboża. Przynosili zdobycz do domu, a matka ziarno
rozcierała i piekła podpłomyki. Łowiono też ryby w rzece. Wolno
na wieś wracało życie.

Wstrząsające Mario !Pisz dalej. Pisanie oczyszcza :)
OdpowiedzUsuńDziękuję. Jestem dziś trochę rozbita.
UsuńMaryniu, mam dreszcze czytając Twoje słowa. Od razu tłoczą się w głowie myśli pod adresem tych, co nie otarli się nawet o podobny koszmar a mają czelność gloryfikować ludzi, którzy wychodzili z lasu i mordowali tych co przeżyli i pragnęli wrócić do normalności. Mordowali w imię swoich chorych urojeń albo sadystycznych skłonności ukrytych pod różnymi płaszczykami, np. rzekomego patriotyzmu. Albo jak można czcić pamięć kolaborujących z okupantem? Marysiu, wiem, że te przeżycia są w Tobie żywe, one nigdy nie dadzą się zapomnieć. Miałaś szczęście, że przeżyłaś Ty i najbliższa rodzina.
OdpowiedzUsuńCzy mogę sobie wydrukować Twoje wspomnienia, żeby móc do nich wracać bez Lapcia, bo ze sprzętami różnie bywa?
Przytulam Cię najserdeczniej, kochana Maryniu :)))
Aniu! Wydrukuj sobie. Będzie mi bardzo miło, że chcesz zaglądać do moich wspomnień. Również przytulam.
OdpowiedzUsuń